Przepis na: jednoskładnikowy chleb gryczany


image

Zabrzmi to dziwnie, ale jak wyjmuję chleb z piekarnika, mam ochotę go przytulić.

Dziś krótki przepis na jednoskładnikowy chleb z kaszy gryczanej niepalonej, który wyjdzie zawsze o ile będziesz przestrzegać kilku ważnych zasad. 

Smakuje inaczej niż tradycyjny chleb z mąki, ale niczego mu nie brakuje. Ładnie wyrasta i ma chrupiącą skórkę. Nie ma w sobie glutenu i długo utrzymuje świeżość. Jest ciekawą alternatywa dla ludzi, którzy mają ochotę na kanapkę, a niekoniecznie jest im po drodze do piekarni lub nie do końca lubią się z mąką </3. Osobiście uwielbiam mąkę, ale wiem, że ona mnie nienawidzi, stąd narysował się ten bochen.

Składniki:

  • 400 gramów kaszy gryczanej niepalonej lub 300 gramów kaszy gryczanej niepalonej i 100 jaglanej
  • woda mineralna
  • płaska łyżka soli himalajskiej

Opcjonalnie:

  • suszone pomidory bez oleju
  • siemię lniane
  • czarnuszka
  • suszone śliwki
  • żurawina
  • słonecznik
  • nasiona chia


Kaszę wsypujemy do miski, następnie zalewamy wodą mineralną tak żeby była dobrze zakryta. Odstawiamy na 12 godzin. Po 12 godzinach zawartość miski mieszamy i dolewamy wody o ile kasza wypiła całą, tak by ponownie była przykryta. Odstawiamy na kolejne 12 godzin.


Po 24 godzinach odcedzamy kaszę przez sito, ale robimy to w taki sposób, żeby wyleciał tylko nadmiar wody. Najlepiej wrzucić całość na sito i szybko  z powrotem do miski, po czym zblendować lepką kaszę z solą na jednolitą masę. Będzie miała ona konsystencję bardzo gęstego ciasta naleśnikowego. Można dodać suszone pomidory pokrojone na kawałki. Wtedy należy wymieszać masę dodatkowo łyżką. Następnie całość przelewamy do formy 32x13 cm na papier do pieczenia. Na wierzchu można posypać siemieniem lnianym. Jeżeli wersja z pomidorami nie jest dla Ciebie ok dodaj śliwki suszone, a wierzch posyp słonecznikiem, lub połącz żurawinę z czarnuszką.


Odstawiamy chleb przykryty ściereczką na 24 godziny. Po tym czasie wkładamy go do piekarnika, ustawiamy temperaturę 150 stopni + termoobieg i pieczemy chleb 60 minut. Po wyciągnięciu z pieca można przytulić i cieszyć się kanapkami!

image

Pierwotnie opublikowane przez houseoftherisingbun

Ramen versus ramen.


image

Pierwotnie opublikowane przez hellosherchle

Moje serce glutenowi oddałam za dzieciaka. Pamiętam jak w domu rodzinnym na wsi, oprócz tego, że żywiliśmy się wszystkim co urosło na polu, w ogródku czy szklarni od zawsze towarzyszyła nam mąka. Może dlatego, że ojciec wychował się na Dolnym Śląsku, gdzie wraz z całą rodziną, z pokolenia na pokolenie zajmowali się prowadzeniem tradycyjnej piekarni. A może dlatego, że mąka jest najbardziej podstawowym i oczywistym, a zarazem jednym z tańszych produktów, z których można wyczarować całą masę produktów od pierogów, klusek, naleśników przez chleby, bułki, aż do ciast słodkich i wytrawnych. 

Mąka jest również głównym składnikiem ramenu, czyli makaronu będącego daniem narodowym Japonii (oryginalnie pochodzącego z Chin), powstającego z czterech składników między innymi z wody alkalicznej. Ów makaron podawany jest z “rosołem” i masą dodatków. Można wyróżnić kilka rodzajów bulionów, które niezależnie od bazy składników są zawsze bogate w umami oraz głębokie w smaku. 

Ramen dotarł do nas nie dalej jak dwa lata temu i od razu skradł nasze serca. W Warszawie otworzyło się sporo miejsc, które prężnie przez cały rok karmią swoich gości. Mam swoich faworytów, ale niedawno miałam okazję spróbować ramenu w dwóch zupełnie różnych miejscach. Pierwsze - nowo otwarty Shiso Bar w Hali Gwardii, oraz działający od kilku miesięcy Vegan Ramen Shop na Saskiej Kępie - wegański. 

Shiso Noodle Bar, Hala Gwardii, Plac Żelaznej Bramy 1, Warszawa.

image

Sobota, godzina 16, w Hali Gwardii ruch, ludzi pełno. Nic dziwnego, w końcu jest weekend, godzina szczytu. Z pośród całej masy knajpek wybieram właśnie ramen. Pada deszcz, jest przeraźliwie zimno, a ja jestem bardzo głodna. Z resztą jest to zupełnie nowe miejsce i trzeba zaspokoić ciekawość. Wybieramy dwa rameny. Original - czyli ramen wołowo kaczy (31 zł) i rybny (30 zł). Pan z obsługi jest bardzo miły, doradza. Chociaż mi te rady nigdy nie pomagają, bo w głowie większy mętlik. Mija 30 minut i dostajemy jedzenie…

Wygląda to ładnie, miska zachęca. Shiso noodle bar to koncept street foodowy, więc tekturowa miska czy plastikowe sztućce nie są problemem. Głodna i zachęcona wyglądem dania smakuję bulion pokładając w nim wielkie nadzieje i spotykam się z rozczarowaniem. Bulion jest żaden. Nie jest ani gęsty, ani lepki. Płytki smak, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że smakuje jak wywar z mięsa i nic poza tym. Jem dalej i jestem pewna, że to najsłabszy ramen jaki przyszło mi próbować. Zero aromatu, zero głębi. Do tego makaron, który skleił się w jedną wielka kluskę. Słabo.

image

Dodatki też nie urywają. Mięso kaczki jest przeciągnięte. Świadczy o tym kolor szary, a nie różowy jak być powinno, jajko jest dobrze przygotowane, ale no i tak nie ratuje sytuacji. Ramen rybny z kolei smakuje jak makaron w wodzie po gotowaniu ryb. Mała ośmiorniczka i krewetki są gumowe. Jest go widocznie mniej niż mięsnego. Smutek i żal. 

W I E L K I E   R O Z C Z A R O W A N I E .

Vegan Ramen Shop, Finlandzka 12a, Warszawa.

image

Do Vegan Ramen Shop wybieram się w tygodniu koło godziny 18. Lokal jest mały przez co przytulny (no może ta japońska muza nie do końca sprawia, że przy jedzeniu można się wyczilować, ale z drugiej strony pasuje do miejsca). Chwilę czekamy na stolik, bo ruch spory, ale w końcu przypada nam miejsce i zamawiamy. Mamy do wyboru tylko dwa rodzaje ramenu, bo reszta już została wyprzedana. Bierzemy więc Spicy Miso i Creamy Shio Ramen, oba w cenie 28 złotych. Po jakichś 15 minutach zupy lądują na stole, obie wyglądają ekstra, a smakują jeszcze lepiej.  Charakteryzuje je głęboki smak, który na długo zostaje na języku. Są gęste, obłędnie dobre, bogate w aromat. Spicy miso ramen jest kremowy, lekko ostrawy, powiedziałabym nawet, że czuć delikatną słodycz. Dodatki takie jak batat czy pak choi idealnie pasują do bulionu. Makaron też mocno ok. Z kolei Creamy Shio Ramen w smaku jest mocno grzybowy i morski. Równie gęsty i kremowy jak jego kolega. Kipi umami. Strzał w 10.

image

Vegan Ramen Shop to bardzo dobre jedzenie, a przede wszystkim bogactwo piątego smaku bez grama mięsa! Dodatkowym atutem jest na pewno to, że jest wegański i zwyczajnie nie jest taki ciężki jak jego mięsny odpowiednik. Wielki plus! 

Mięsny ramen < Wegański ramen

Przepis na: Ceviche z łososia


image

Za oknem i w kalendarzu już jesień, a mnie naszła ochota na letnie smaki - coś świeżego, lekkiego i przypominającego o tym, że jeszcze tylko z 7-8 miesięcy i znów będzie latko. 

Produktów w sklepach jest tyle, że zwariować można, dlatego podczas robienia zakupów nietrudno o moment kryzysowy czyt. ten najgorszy. Masa pomysłów rzucona w eter, w brzuchu coraz to większy głód.. powoli nawet zaczyna robić Ci się smutno. Myślisz sobie, że odpuścisz zaraz tę chęć uniesień kulinarnych i wymysły, byle by coś włożyć do papiska i mieć z głowy, a każda dyskusja zaczynająca się od “a może..?” sprawia, że masz zawał. Aż tu nagle z daleka dostrzegasz dorodnego, różowego, ale przede wszystkim świeżego łososia i niczym bazarowa Grażyna pędzisz ustawić się w kolejce ze swoim dokładnym planem w głowie. Oświecona. Pada więc na ceviche, tym razem w formie przystawki dla dwóch osób, bo pyszne, zaostrzające apetyt na kolejne danie i przede wszystkim proste.

Czym jest ceviche?

Ceviche to danie wywodzące się z Ameryki Południowej. Polega na gotowaniu mięsa ryb na zimno. Tak. Na zimno. Ceviche przyrządza się używając soku z cytrusów, który podobnie jak temperatura ścina białko. Można użyć limonki, pomarańczy, cytryny czy grejpfruta. W takim soku i dodatkach marynujemy pokrojoną rybę (najlepiej morską, bo niby mniej pasożytów i toksyn) od 10 do 30 minut (czas oczywiście zależy od grubości kawałków). Białko ścina się szybko, więc danie można zacząć przygotowywać na chwilę przed planowanym jedzeniem. Wariacji na temat dania jest mnóstwo. Ceviche można podawać z awokado, czerwoną cebulą, chili, kolendrą, pomidorkami a też dodatkowo do nabierania wrzucić na talerz nachosy. U mnie w wersji uproszczonej, ale turbo pysznej.

image

Składniki na jedną porcje obiadową lub dwie przystaweczki:

  • 350 g surowego łososia
  • sok z dwóch limonek
  • garść kolendry
  • kawałek papryczki chili
  • łyżka oliwy
  • dwie płaskie łyżki soli himalajskiej 
  • czerwona cebula pokrojona w piórka na wykończenie

Z łososia usuwamy ości oraz zdejmujemy skórę. Kroimy go na kawałki. U mnie jest to akurat kostka, bo chcę go szybko zjeść. Wrzucamy mięso do miski, dodajemy porwaną kolendrę, posiekane chilli, dwie łyżki soli himalajskiej, łyżkę oliwy i sok z limonki następnie mieszamy.

image
image
image

Po zamieszaniu wyraźnie widać jak mięso weszło w reakcję z sokiem z limonki. Odkładamy ceviche w chłodne miejsce na 15 minut.

image

Po tym czasie wyraźnie widać, że ryba nabrała białego koloru. Mięso całkowicie się ścięło. W takiej formie jest gotowe do jedzenia!

Przekładamy ceviche na talerze, dodajemy więcej świeżej kolendry oraz cienko pokrojoną cebulę i gotowe! Można wcinać.

image

Ceviche naprawdę dobrze smakuje w asyście nachosów, ale no beach body samo się nie zrobi.

Hala Gwardii - press day 2


image
image

Kartacz z “Bar nie tylko mleczny”

image
image
image

Tatar z Salon Beefshop.pl

image
image
image

Focaccia z grzybami z “Pizza lunga”

image

Przekąski z “Portugal Gourmet”. Od lewej nadziewany kalmar, szpinak z fetą i pasztecik z dorsza <3

image

Wino z “Portugalia Gourmet”

image

Tarte flambee z “Flamm”

image
image

Wu zetka z “Bar nie tylko mleczny”

image

Przepis na: Jalapeño w zalewie


image

Ważna sprawa. Nie zwariowałam. Mam ostatnio czas i ochotę pisać, dlatego też to robię. Dziś przychodzę z marynowanymi jalapeño, które są pyszne. Można sobie nimi posypać nachosy i zapiec z serem cheddar. Można dać je na pizzę, najlepiej jakąś turbo tłustą, bo tłuszcz to nośnik smaków i nam smaki w tym połączeniu zaniesie w kosmos. Można je sobie w kanapkę włożyć, taką z szarpanym mięsiwem. Można też przyświrować przy znajomych, że ostre jemy na śniadanie, obiad i kolację i zaaplikować sobie pół słoika do buzi, a później powstrzymywać łzy i mówić, że zaszklone oczy to od alergii na pyłki. 

Ciekawostka

Nazwę tej papryczki wymawia się tak: /xalaˈpeɲo/, a dla tych, którzy alfabetu fonetycznego nie kumają to tak: HALAPENJO. 

Skala Scoville’a

Skala Scoville’a, w skrócie SHU (Scoville hotness unit) jak sama nazwa wskazuje jest jednostką ostrości. Określa ilość kapsaicyny na produkt, głownie paprykę. Jalapeño ma od 2 500 do 5 000 w skali Scoville’a co oznacza dokładnie, że żeby jej ostrość nie była odczuwalna wcale, musielibyśmy jej ekstrakt rozcieńczyć w stosunku 1:2500. Ciekawe co?

Czego nam potrzeba:

  • słoik mieszczący spokojnie 400 ml płynu
  • 8 papryczek jalapeño
  • 100 ml octu jabłkowego
  • 100 gramów cukru
  • 200 ml wody
  • 3-4 ząbki czosnku
  • u mnie dodatkowo jedno habanero;)


image

Papryczki kroimy na w miarę równe kawałki. 

image

Wrzucamy je do czystego, suchego słoika z czosnkiem i jak chcecie z habanero.

image
image

Nastawiamy garnek z zalewą, doprowadzamy do zagotowania. Cukier powinien się rozpuścić całkowicie. Zdejmujemy z ognia. I teraz mamy dwa wyjścia. Jeżeli chcemy mieć je na za kilka godzin, zalewamy je gorącym octem. Jeżeli nie zależy nam aż tak na czasie i chcemy, żeby miękły powoli, zalewamy je chłodnym octem. Jeżeli chcemy sobie je zaprawić i mieć je dostępne przez zimę, używamy letniego octu, ale wtedy konieczna będzie pasteryzacja.

image
image

No ja się jaram. Wybrałam opcję drugą, bo będę je jadła jutro lub nawet po weekendzie <3

Przepis na: Najprostszy krem z pieczonej dyni


image

Lato się skończyło. Może nie w kalendarzu, ale na pewno za oknem. Wraz z pierwszym września, bez jakiejkolwiek zapowiedzi, wjechała ona - jesień. Spacerując często pomiędzy stoiskami Hal Mirowskich widać, że kolory lata powoli zastępowane są innymi bardziej stonowanymi barwami. Coraz bardziej widoczne na stoiskach są dynie, świeże jabłka, grzyby czy jarmuż. 

Jest mi po prostu zimno przy tej pogodzie, dlatego wymyśliłam sobie rozgrzewający krem z pieczonej dyni. Jest lekki, smaczny, bardzo prosty do wykonania i bardzo zapełniający także warto.

Czego potrzebujemy?

  • 1,5 kg dyni Hokkaido 
  • pół łyżki oleju kokosowego
  • łyżka oliwy z oliwek
  • łyżka sambalu (można pominąć, ale ja wolę ostre dania)
  • puszka mleka kokosowego
  • korzeń imbiru - po pokrojeniu go w drobną kostkę wyszła mi duża czubata łyżka
  • woda
  • sól
  • kolendra
  • ulubione orzechy
image

Dlaczego dynia Hokkaido? Dlatego, że ma jadalną skórę, która po upieczeniu idealnie się blenduje! Oczywiście można kupić inną dynię, np piżmowa, ale wtedy trzeba liczyć się z koniecznością obrania jej. 

Kroimy piękną dynie na kawałki i pozbawiamy ją pestek ze środka (można je sobie później wysuszyć i zjeść - podobną są super na pasożyty). Rozkładamy papier do pieczenia na blaszce, a na nim dynię. Skrapiamy lekko oliwą wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na około 20 minut.

image

W tym czasie obieramy imbir. Najłatwiej jest to robić łyżka. Jeżeli skórka jest sucha i nie schodzi, wyrzuć ten kawałek imbiru do kosza i leć do sklepu po świeży :D.

image

Następnie kroimy imbir w drobną kostkę.

image

Rozgrzewamy olej kokosowy w głębszym garnku, dodajemy imbir i sambal, przez chwilę smaży. Dorzucamy upieczoną dynię, mieszamy wszystkie składniki i dusimy przez chwilę pod przykryciem. Następnie dolewamy całą puszkę mleka kokosowego i szklankę wody. Gdy się zagotuje blendujemy składniki na nasz pyszny krem. Dodajemy soli do smaku. 

image


Na wierzchu dekorujemy kolendrą i ulubionymi orzechami. W imię zasady grubo albo wcale można polać olejem sezamowym.

P.S. Istnieje taka niepisana zasada, że podczas prażenia orzechów na suchej patelni, niewolno spuszczać z nich wzroku. Dlaczego? Wystarczy chwila nieuwagi i będą czarne. :D 

image

Przepis na: Mule w białym winie z szalotką, chilli, czosnkiem, pietruszką i śmietanką


image

Uwielbiam mule. Są bogate w białko i zdrowe tłuszcze. Posiadają wiele witamin i minerałów, ale w sumie who cares bo są po prostu ultra smaczne. Jest to zasługą występującego w nich naturalnie kwasu glutaminowego (free glutamic acid, pewnego dnia pogłębię ten temat i napiszę tu rozprawkę życia), który pobudza receptory umami. 

Mule można serwować na milion sposobów, ale z racji, że uwielbiam prostotę w kuchni i wielce szanuję produkty, ich smak podkręciłam szalotką, czosnkiem, chilli, pietruszką, winem oraz śmietanką. No dobra.. Tę śmietankę mogłam sobie podarować, ale była w lodówce + danie gotowane dla rodziny, czyli musi być na bogato. A teraz do rzeczy:

Jak wybrać mule?

Mule, które możemy dostać w sklepach są zazwyczaj odmianami hodowlanymi, (lecz nie zawsze!) przyjeżdżającymi do nas zza granicy w szczelnie zapakowanych plastikowych opakowaniach. Ponieważ z założenia powinny być one żywe koniecznie trzeba zwracać uwagę na datę ważności oraz datę pakowania. Dla mnie przydatność takich produktów nie powinna przekraczać 72 godzin. Wtedy mam pewność, że gdy nawet trafi mi się lekko otwarty omułek po lekkim puknięciu w skorupę, czy to nożem czy palcem delikwent zamknie się, co automatycznie świadczy o jego dobrej jakości. No napiszę to. Po prostu nadal żyje czyli jest ok, jadalny.  Oczywiście możemy sugerować się datą spożycia, ale jak to powszechnie wiadomo im coś jest świeższe tym lepsze. 

Wybierając sprawdzamy koniecznie czy powietrze zostało dobrze odessane z opakowania. Również warto przyjrzeć się samym mulom. Najlepiej kiedy wszystkie są zamknięte. Ostatnią istotną rzeczą godną uwagi są certyfikaty. Dlaczego jest to istotne? Ano dlatego, że przynajmniej mamy pewność, że nasz posiłek został złowiony wpływając w mniejszym stopniu na ekosystem morski, nie wyczerpując zasobów danego gatunku jednocześnie sprzyjając innym zwierzętom morskim.

No dobra, wybraliśmy mule i co teraz?

Czyszczenie.

image

Mule należy czyścić pod bieżącą zimną wodą. Najlepiej za pomocą nożyka z grubym ostrzem, albo gąbki drucianej. Założenie jest takie, żeby zeskrobać z muszli wszystkie nierówności oraz tak zwane bisiory czyli wystające “nitki”. Zajmuje to niestety trochę czasu, ale warto! Jeżeli nie zrobicie tego dokładnie w Waszym pysznym sosie może znaleźć się sporo syfu, który tylko i wyłącznie popsuje cały efekt. 

image
image

Następnie mule płuczemy bardzo dokładnie. Wyczyszczone są gotowe do użycia.

image

Składniki:

Czego potrzebujemy, żeby ugotować pyszne mule? Prócz składników, które zaraz wymienię, potrzebny będzie nam garnek z przykrywką i pyszne pieczywo. U mnie akurat była to podpieczona w piecu domowa focaccia z dobrej jakości oliwą. Więcej słów nie potrzeba.

image
image
  • 2 kg świeżych muli 
  • 2 szalotki
  • 3 ząbki czosnku
  • 300 ml wina chardonnay 
  • papryczka chilli
  • pietruszka
  • 150 ml śmietanki słodkiej (można pominąć)
  • łyżka masła
  • łyżka oliwy
image

Szalotki, czosnek i papryczkę kroimy.

image

W garnku rozgrzewamy oliwę razem z masłem (najlepiej!). Gdy oba tłuszcze są już gorące wrzucamy pokrojone składniki i smażymy na średnim ogniu zachwycając się aromatem.

image
image
image
image

Po jakichś 3-4 minutach smażenia podkręcamy ogień na maksa, wsypujemy do garnka mule, zalewamy winem i przykrywamy. Najlepiej, żeby garnek miał rączki, które pozwolą nam bez odkrywania pokrywki mieszać zawartość.

image
image

Danie gotujemy do momentu kiedy widzimy, że muszle się otworzyły, czyli jakieś 4-6 minut. Wszystko zależy od ilości, bo im więcej towaru w garnku tym dłużej będziemy je gotować. Kiedy widzimy, że mule otworzyły się, wyciągamy je z garnka i zajmujemy się sosem. Ponieważ w samych muszlach jest sporo wody, a dodaliśmy aż 300 ml wina, sos który się utworzył będzie bardzo rzadki, dlatego trzeba go zredukować i zagęścić śmietaną. Mule wyjmujemy po to, żeby się nie przegotowały i były bardzo delikatne w smaku, a nie gumowate. 

image
image

Sos redukujemy na największym ogniu, gdy jego ilość się zmniejszy o połowę, dolewamy śmietankę i jeszcze chwilę gotując aż zgęstnieje. Dodajemy świeżą pietruszkę. Wrzucamy mule do garnka porządnie mieszając z powstałym sosem i o ! Gotowe. Pamiętajmy tylko, że muszle, które pod wpływem temperatury nie otworzyły się wyrzucamy do kosza. Niestety kilka sztuk może się zdarzyć. Ale i tak się najecie!

Prawda jest taka, że czyszczenie muli zajmuje jakieś 4 do 6 razy więcej czasu niż samo gotowanie. 

image
image
image

S m a c z n e g o 

P.S. Sosu nie trzeba redukować. Wcale nie musi być gęsty. Jeżeli odpowiada nam bardziej wodnista konsystencja możemy pominąć punkt z wyjmowaniem muszli z garnka. Taki też wodnisty sos jest świetną bazą pod makaron tagliatelle z krewetkami i zestem z cytryny, ale o tym w swoim czasie.

P.S. 2 Standardowo mule pakowane są po kilogramie. Optymalna porcja dla jednej osoby to 500 gramów. Można oczywiście zjeść mniej :D lub więcej.

“Jiro dreams of sushi”


image
image
image
image

Przepis na: Sos miodowo-musztardowy

image

Sos miodowo-musztardowy wszyscy doskonale znają. Z sałatą lodową lub rzymską i czerwoną cebulą dla mnie stanowi połączenie idealne. Robi się go mniej więcej w minutę czyli jakieś 40 razy krócej niż zajmie mi napisanie tego posta :D. 

Niby taki oczywisty i prosty do zrobienia, a jestem pewna, że gdyby ktoś zapytał “ej Aszka, a jaki sos do sałatki”, a ja powiedziałabym “no weź zrób miód musztarda” to od 80% pytających usłyszałabym “eee a jak najlepiej go zrobić?” A no tak! Przygotujcie się na najbardziej oczywisty i najmniej odkrywczy przepis na świecie :)

Składniki

  • duża łyżka miodu
  • dwie łyżki ulubionej musztardy
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
image

Wiadomo, że najprościej będzie użyć miodu o konsystencji płynnej, ale taki skrystalizowany wcale nie robi problemu. Nabieramy porządną łyżkę, do tego dodajemy dwie łyżeczki musztardy, mieszamy w misce trzepaczką do uzyskania jednolitej kremowej konsystencji.

image

Wlewamy oliwę, najlepiej wolnym strumieniem cały czas mieszając, żeby wytworzyła się emulsja. Niestety uwiecznienie tego na zdjęciu nie było możliwe, bo zabrakło mi rąk, więc musicie mi uwierzyć na słowo, że tak było. Tak było!:D 

image
image
image
image
image

Do do sosu miodowo-musztardowego można dodać też drobno pokrojoną szalotkę, albo nasiona czarnuszki, która ma mnóstwo leczniczych właściwości, a jak wiadomo zdrowe rzeczy dobrze przemycać w jedzonku. 

No super jest ten sos, obiecuję. Można do sałatki dać, do mięsa. Jak do mięsa, to polecam zamienić musztardę na francuską, bo wyczuwalna gorczyca  w takim połączeniu zrobi robotę. 

Smacznego

image
image
image

Przepis na: Śniadaniowe, wegańskie(sic!) i całkiem “superfoodowe” placuszki

image

No dobra. To był tego typu poranek, że wstajesz, jak zwykle chcesz zacząć dzień od czegoś co sprawi, że życie będzie piękniejsze (zanim ktoś lub coś spowoduje, że jednak nie), a że nauczona doświadczeniem wiem, że jedzonko nie wymaga, jedzonko wie <3 , padło na to że właśnie dobre śniadanie załatwi sprawę. No bo zazwyczaj tak jest. Serio. 

Ale akurat był taki poranek, że w lodówce gościli: słoik sambalu, żółta pasta curry, banan w kolorze czarnym, syrop klonowy oraz kilka lakierów do paznokci, więc wniosek był jeden - nuda. Już miałam sobie odpuścić i wybrać się po zakupy, gdzie pewnie skończyłoby się tak, że część produktów zjadłabym po drodze bla bla bla i kolejnym zmartwieniem byłby obiad.. ale NIE. Wtedy postanowiłam otworzyć szafkę i spojrzeć na półkę pełną słoików i zrobić coś z niczego. Oczywiście zniewagą jest nazywanie mojej kolekcji produktów suchych niczym, bo gdyby to wszystko zważyć wyszłaby tona jedzenia, ale cóż.. odkąd samodzielnie robię zakupy mam w sobie coś takiego, że limit na kasze, mąki, ryże, płatki (no wszystko co suche i sypkie) nie istnieje. Nie -e. “O kasza jaglana. Kupię. Bo mam mało. Mało mam.” 

No dobra, ale do rzeczy, bo o śniadaniu miało być. Więc podam tu składniki na te pyszne wegańskie placki, a zaraz później wytłumaczę zasady co i jak.

Potrzebne będą:

  • dojrzały banan
  • łyżeczka oleju kokosowego 
  • łyżka mąki ryżowej (nadaje super chrupkości)
  • łyżka morwy suszonej (mogą być jakiekolwiek inne suszone owoce)
  • łyżka płatków orkiszowych (dla mnie są smaczniejsze, bo twardsze, ale owies też będzie wporzko)
  • łyżka karobu (kakao też może być, ale proponuję dać jedną łyżeczkę)
  • łyżka amarantusa ekspandowanego (dałam, bo miałam, ale oczywiście można dać więcej płatków lub po prostu wymiennie ulubione orzechy czy siemię lniane/chia).

Blendujemy wszystkie składniki. Zasada jest taka, że masa ma być gęsta. Placki nie urosną w żaden sposób, bo nie ma w nich substancji spulchniającej, no chyba, że orkisz, ale jego ilość jest tu naprawdę mało znacząca. Rozgrzewamy patelnię i dopiero kiedy będzie gorąca wlewamy masę. Bez tłuszczu, bo tłuszcz jest już w środku. Wtedy zmniejszamy temperaturę do minimum. Proponuję uformować cztery sztuki. Zasada jest taka, że masa ma wyschnąć na patelni. Ja zazwyczaj smażę je około 4 - 5 minut na każdej stronie. Z zewnątrz są tak jakby skarmelizowane, a w środku jeszcze lekko mokre. Pyszna sprawa. Przekładam mrożonymi malinami (owoce dowolne) i oblewam syropem klonowym. 

Kalorie? Trudno. Pyszne? Bardzo. A co ciekawe odkąd nie patrze czy dany produkt ma za dużo/mało węgli/białka/tłuszczu i po prostu słucham mojego organizmu, moje życie stało się łatwiejsze. Polecam no.

Taki katering moi drodzy. Kuchnia bliskiego wschodu na urodziny Kalisza. Podobno wszystkim smakowało, a bułki to w ogole sztos. Miło było Was karmić. Zainteresowanych zapraszamy ! Ugotujemy Wam cos milego @olkabonnie 💕💕💕💕💕

Przepis na: Chilli con carne (właściwie habanero con carne)


Wypalające jamę ustną chilli vel habanero con carne. Smakuje pysznie z kiełbasą chorizo (lub też boczkiem, gdy o to pierwsze trudno). Idealne na zimne jesienne dni, bo pali papę do granic możliwości.

image

Składniki:

  • pół kilo mielonej wołowiny
  • kiełbasa chorizo wedle uznania (dużo, dużo kiełbasy)
  • 3 papryczki habanero lub chilli (jeżeli nie lubimy ostrego nie ryzykujmy)
  • 2 puszki fasoli czerwonej
  • 2 puszki pomidorów
  • 3-4 czerwone cebule
  • ¾ szklanki piwa jasnego pszenicznego
  • łyżka kminu rzymskiego (nie kminku)
  • sól

Wszystko kroimy, chorizo wrzucamy na rozgrzaną patelnię (u mnie wok, bo szybciej). Gdy z chorizo wytopi się znaczna ilość tłuszczu wrzucamy posiekane papryczki habanero (moje były już lekko podsuszone, skąd ich smak był jeszcze bardziej wyraźny). Smażymy na dużym ogniu.

image
image
image

Smażymy do momentu aż papryczka zmięknie, a z kiełbasy wytopi się tłuszcz.

Wrzucamy wołowinę. Rozdrabniamy ją szpatułką na mniejsze kawałki.

image
image

Gdy mięso będzie już lekko ścięte (po około jednej minucie), wrzucamy cebulę pokrojoną w piórka, mieszamy, smażymy przez około 2-3 minuty.

image
image
image

W moździerzu rozdrabniamy kumin, który później wsypujemy do dania, dodajemy soli i mieszamy. 

Po posoleniu warto spróbować czy ilość soli jest wystarczająca, jeżeli tak wlewamy piwo i smażymy tak długo aż 80% piwa wyparuje.

image
image
image
image
image
image

Gdy większość alkoholu wyparuje wrzucamy pomidory i fasolę. 

image
image

Mieszamy dokładnie. Zmniejszamy ogień i gotujemy całość przez około 30-40 minut. Danie nie może być zbyt gęste. Co jakiś czas mieszamy. Na końcu można ewentualnie dosolić o ile danie tego wymaga. 

Podajemy ze świeżą kolendrą. Można z nachosami, ale na co komu więcej kalorii. 

image

Jemy ze smakiem mając łzy w oczach ze szczęścia i bo pali.

Przepis na: ciastka owsiane.

image

Ciastka owsiane, mimo że zawierają w sobie sporą ilość płatków na pewno dietetyczne nie są, tym bardziej jedzone w sporych ilościach. Niemniej jednak są przepyszne i nadają się na wiele okazji takich jak między innymi Święta Bożego Narodzenia. Pachną cynamonem, są maślane… Idealnie na zmianę smaku po spożyciu dużej ilości wigilijnego barszczu. 

Składniki:

  • jajko
  • 200 gram masła
  • szklanka brązowego cukru ( można zmieszać z torebką cukru waniliowego)
  • szklanka mąki
  • szczypta sody oczyszczonej
  • szczypta soli
  • dwie szklanki płatków owsianych (górskie/ błyskawiczne-nie ma znaczenia)
  • 1/3 szklanki wiórków kokosowych
  • 30 gram rodzynek (w zależności kto co lubi- sprawdzi się też żurawina)
  • łyżeczka cynamonu
  • pasek czekolady mlecznej
  • pasek czekolady gorzkiej

Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. Jajko utrzeć z cukrem, dodać mąkę z solą i sodą. Dodać płatki owsiane dobrze wymieszać najlepiej rękoma. Gdy masa jest już jednolita dodać resztę składników (rodzynki  namoczyć wcześniej w wodzie, czekoladę posiekać na mniejsze kawałki, dodać wraz z cynamonem i wiórkami). Ciasto podzielić na równe kuleczki. Każdą z nich spłaszczyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Piec około 20 min. Można przechowywać parę dni.

Ciastka na początku są bardzo kruche, z czasem twardnieją. Niemniej jednak są przepyszne <3.

image

Przepis na: kurczak tikka masala

image

Dziś przepis na grilowanego kurczaka tikka w sosie masala z pomidorów. Danie to przygotowywałam jeszcze w czasie upałów, ale niestety jestem słabym blogerem kulinarnym, dlatego przepis wstawiam dopiero teraz. Danie jest ostre tak jak lubię, niektóre produkty są inne niż być powinny, ale całość komponuje się pysznie kradnąc przy tym serca, a w szczególności jedno. Ciężko stwierdzić pochodzenie dania. Mieszanka przypraw, której się do niego używa jest typowo indyjska co za tym idzie można by zakwalifikować to danie do kuchni indyjskiej aczkolwiek to właśnie Brytyjczycy czują się twórcami tej potrawy (ciężko mi to sobie wyobrazić). Chicken Tikka Masala jest jednym z narodowych dań w Wielkiej Brytanii. 

Mimo, że mięso z kurczaka nie jest moim faworytem, bo uważam, że jest nudne i NUDNE bardzo polecam tę kombinacje smaków. Oto mój przepis:

Marynata:

image
  • łyżka soku z cytryny

  • łyżka kuminu

  • 1 łyżeczka cynamonu

  • łyżka pieprzu cayenne dla tych, którzy krzyczą jak jedzą ostre rzeczy lub dla tych co się cieszą jak jedzą ostre 6-8 suchych papryczek chilli birds eye (albo milion)

  • łyżeczka ziarenek pieprzu (kolorowego lub czarnego)

  • kawałek imbiru

  • plaska łyżka soli

  • szklanka kefiru lub jogurtu naturalnego 

  • cienko pokrojona pierś kurczaka.

Bierzemy moździerz i wszystko razem ścieramy.

image

Z tak wyglądającej mieszanki przypraw tworzymy taką:

image

 Następnie przekładamy ją do większego pojemnika, dolewamy kefir lub jogurt i marynujemy pokrojoną w cienkie paski pierś kurczaka przez co najmniej godzinę. Im dłużej tym lepiej.

image

Uruchamiamy grill elektryczny lub patelnię grillową. Wrzucamy kurczaka, w tym samym czasie przygotowujemy sos masala.

Sos:

  • łyżka masła

  • ząbek czosnku

  • dwie ostre świeże papryczki

  • łyżeczka mielonego kuminu( ja dodaje łyżkę gotowej pasty kuminowo pomidorowej)

  • łyżeczka słodkiej papryki

  • sól do smaku

  • puszka pomidorów

  • kwaśna śmietana

  • kolendra lub ewentualnie pietruszka do posypania na końcu

Rozgrzewamy patelnię, roztapiamy masło, wrzucamy posiekany czosnek i papryczki.

image

image

A po chwili pastę kuminowo-pomidorową lub zmiażdżony kumin. 

image

Mieszamy i dodajemy puszkę pomidorów.

image

Gotujemy 3 minuty po czym dodajemy śmietanę.

image

Gotujemy, doprawiamy solą i słodką papryką, wrzucamy grillowanego kurczaka. 

image

Gotujemy jeszcze chwilę. Podajemy z ryżem i kolendrą lub pietruszką. 

image

Smacznego

życzy Aszka.